Japończycy to dopiero mają pomysły. Japonka w bikini, kowbojskim kapeluszu i z dwiema katanami wycinająca w pień hordy zombie? Nihon he yōkoso!*
OneChanbara (gra słów na „dużą dziewczynę”, tudzież „laskę” i „walka bronią białą”) jest grą na wskroś japońską. Ta budżetowa seria ma swoje korzenie u matki dziwnych japońskich gier, Playstation 2 i ukazała się w Europie pod kilkoma różnymi nazwami: „Zombie Hunters”, „Zombie Zone”, „Bikini Samurai Squad”(X360) czy „Bikini Zombie Slayers”(Wii). Gra w Japonii jak widać była całkiem popularna bowiem doczekała się nawet adaptacji filmowej (!).
OneChanbara Special jest najnowszą częścią gry na kieszonkowe PlayStation Portable i jest to moja pierwsza styczność z tą mocno zwichrowaną serią -spodziewałem się prostej gry z oldschoolowym, budżetowym klimatem. I w pewnym aspekcie OneChanbara mnie zaskoczyła.
Gameplay opiera się na misjach niczym w Monster Hunterach (jak widać ta seria podyktowała design większości przenośnych gier) – i te mają zwykle dwa założenia:
- Wyciąć w pień daną ilość zombie
- Pokonać bossa.
Misje są na czas i trwają zwykle od trzech do pięciu minut lub dłużej, jeśli walczymy z bossami. Na misje wyruszamy z huba a la Phantasy Star Online w którym możemy zmieniać postać, strój, ekwipunek ale także tworzyć nowe bronie, czy kupować nowe przedmioty za orby zbierane podczas walki. Istnieje też możliwość grania w dwójkę poprzez AdHoc – miłym dodatkiem jest udostępnienie „emulacji” tegoż trybu – wybieramy pomocnika AI jeśli jesteśmy prawdopodobnie jedyną osobą w promieniu tysiąca kilometrów z tą grą :) Jednak jakość tej pomocy jest kwestią sporną i prócz odciągania uwagi bossa na niewiele się pomocnicy zdają.
Fabułka jest jak to w takich tytułach – do zapomnienia. Aya, główna pupa serii (bo głównie jej tył będziemy widzieć podczas zabawy) budzi się w dziwnym miejscu, nie pamiętając niczego (amnezja – najwspanialsze narzędzie do opowiadania historii w grach wideo). Na drodze spotyka swoje koleżanki, siostry, ciocie, matki i innych humanoidów z bagażem z przodu i tyłu, które będziemy mogli później używać w zabawie. Grałem niewiele, a zdążyłem odblokować cztery z pięciu bohaterek, więc bezpiecznie zakładam, że gra do specjalnie długich nie należy, a przynajmniej sprawa dotyczy story mode.
A jak wygląda sama gra? Łazimy bo dość brzydkich lokacjach Ayą, główną bohaterką gry (choć odblokować można kilka postaci) i naparzamy się katanami (warto wspomnieć że te mają swoje statystyki, zupełnie jak w jRPGach). Wszystko to brzmi miałko, ale gra wbrew pozorom ma naprawdę sprawny system walki. Mamy dwa rodzaje ataków (zwykłe i „guard crushe”), które możemy stringować w długie combosy, są też dwa specjalne paski: jeden trzy poziomowy, z nieco silniejszym atakiem, oraz drugi napełniający „Ecstasy Attack” (jakby erotycznych skojarzeń było mało) w którym postać nabiera dziwnych kolorów, ale także prędkości i siły, tracąc przy tym stopniowo życie. Co dziwne tego ataku nie da się wyłączyć i zwykle musimy w szaleńczym tempie wyrżnąć całe grupy przeciwników modląc się, byśmy zdążyli na czas. Można też poświęcić część życia by postać „podwoiła się”, zadając podwójne obrażenia i kombosy – niezwykle potęzny stan, jednak pozostawia Cię w bardzo ryzykownej sytuacji, co na początku gry jest średnio dobrym wyjściem. Do układanki dochodzi też stopień zabrudzenia krwią broni – tą musimy od czasu do czasu „strząsnąć” z krwi potworów zapobiegając jej utkwieniu w pojedynczym zombiaku (co jest dość nieciekawą sytuacją).
A propos krwi – twórcy zaproponowali nam kilka jej wariantów… jednak brakuje czerwonego. Jucha pięknie bryzga nam ekran, jednak kolor różowy wygląda nieco głupiutko i przy takiej jej ilości dziwne jest, że zrezygnowano z jej podstawowego koloru. Prócz różowego są jeszcze inne warianty, ale wyglądają jeszcze gorzej. Przy białym kolorze miałem wrażenie, że gram w jakiś chory rodzaj Bukkake-fest (i coś czuję, że to był celowy zabieg). Niestety, wpływa to na odbiór gry – krew oblepia naszą bohaterkę, zalewa ekrany, co wygląda całkiem efektownie, jednak brak szkarłatnej posoki jest minusem. Choć mamy kilka postaci do wyboru, prawdopodobnie będziemy jednak grać wyłącznie Ayą bądź jej siostrą Saki, bowiem reszta dziadowsko zaprojektowanej broni palnej. Postacie wypluwają króciutkie serie przy każdorazowym wciśnięciu kwadratu, a przy całkowitym braku celowania przypomina to trafienie igłą muchy. Dodatkowo największą bolączką gry jest BEZNADZIEJNA praca kamery – wyobraźcie sobie, że gracie w Monster Huntera z podkręconą prędkością i jeszcze dość arbitralnie działającym centrowaniem widoku, bo zamiast ustawiać się za naszą wojowniczką za punk odniesienia bierze losowo przeciwnika – macie obraz całości. Przy bossach walczymy zarówno z nimi, jak i z kamerą, uderzając czasami na ślepo.
Wszystko dałoby się jeszcze wybaczyć, gdyby nie wysoki i nierówny poziom trudności. Powtarzać walki będziemy często, korzystanie z ekstra przedmiotów, łączenie broni to podstawa, a czasami i tak misje wydają się niemożliwe do wykoniania. Podczas playtestu ograłem tylko dwa akty (czyli jakieś 10 misji), a już na początku drugiego musiałem pokonać dwóch bossów na jednej planszy, przy którym ubicie jednego graniczy z cudem. Gra nie wybacza i albo będziesz próbował i gryzł konsolkę do upadłego, albo będziesz grindował na innych poziomach, próbując uzyskać silniejsze bronie. Inni mogą grze nie darować i po prostu dadzą sobie z nią spokój. Bo samo osobiście podchodzę do niej z sympatią, jednak jest to średniak – i to trudny, a więc nie specjalnie zachecający.
Warto sprowadzać? Wersję na PSP na tą chwilę nie. Jest bardzo droga przy obecnym kursie jena (zresztą gra pojawiła się stosunkowo niedawno), a przy takiej cenie można kupić parę lepszych gier. Warto jednak zainteresować się wersją na PS2, lub Wii czy Xboksa. Te są tańsze i jeśli wierzyć fanom – dużo lepsze.
Igor
*”Witamy w Japonii!”





Pingback: Polowanie Solo Portable. (głupi tytuł jest głupi) | NISZPONIA